niedziela, 25 grudnia 2011

rozdział I .

Siedziałam na łóżku rozmyślając o wszystkim, a zarazem o niczym. Teraz wszystko i tak nie miało sensu. Nie ma go .. nie ma mnie. Ale trzeba się z tym pogodzić. Tak bardzo chciałabym go przeprosić. Ale moje chęci nie przywrócą mu życia. Tak bardzo żałuję, że mu wtedy to powiedziałam .. to była ostatnia rzecz, którą o de mnie usłyszał. Nagle z zamyślenia uwolnił mnie dźwięk telefonu. Tylko nie to .. Odebrałam.
- Halo .. ? - zapytałam cicho. Pewnie znowu natrętni ludzie, którzy chcą złożyć mi kondolencje.
- Martynko .. wiesz .. zawsze byłaś dla mnie .. i jesteś dziwolągiem ubierającym się specyficznie. No wiesz .. za ostry makijaż, natapirowane włosy, dziwne, długie buty ..
- Trampki, proszę pani .. - zaczęłam, ale nie mogłam skończyć.
- Nie ważne. No więc, zawsze mi dokuczałaś, i robiłaś wszystko by mi uprzykrzyć życie, ale składam ci moje kondolencje.. bardzo mi przykro. I jeżeli nie miałabyś nic przeciwko, mogłabym wpaść od ciebie na herbatę i pogadać .. - powiedziała nieśmiało. Poczułam coś dziwnego na twarzy. Łaskotało mnie niemiłosiernie. To było dziwne, wspaniałe a zarazem do dupy uczucie. Tak. To łzy. Płakałam. Nie mogłam uwierzyć. nienawidziłam mojej wścibskiej sąsiadki od małego. A teraz .. płaczę.Ale to nie dlatego, że jest dla mnie dziwnie sympatyczna. Tylko .. Fabian. Teraz płakała na dobre ściskając jego fotografię. Jej ukochanej, jedynej osoby, której ufała i potrafiła zwierzać się z każdych najmniejszych błahostek, jak na przykład co zjadła na kolację w zeszłym tygodniu. Był jej wsparciem .. a teraz jest sama. Nie ma nikogo.
- J-jak pani chce - zaczęłam próbując ukryć mój szloch. Ale nie była głupia, od razu się skapnęła.
- Nie płacz, kochanie. Może jutro ? - zapytała.
- T-tak .. - powiedziałam. Teraz nie miałam wyboru. Czy to będzie ona, czy ktoś inny .. bez różnicy. Byle ktoś ją objął ramieniem. Teraz w głowie szumiały słowa  Fabiana..




'' Martynko, bądź dzielna . Wiem, że jesteś silna.
mnie zabraknie .. ale wiem, że nie będziesz sama.
Zobaczysz. On będzie się tobą opiekować.  Pamiętaj to. Kocham Cię nad życie .. '' 




Zaczęłam krzyczeć i opadłam na podłogę. Zaczęłam tulić swój dywan, krzycząc i płacząc jednocześnie. Nie było go, nie miałam po co żyć. Pobiegłam do łazienki i chwyciłam to. Żyletkę. To na pewno ukoi mój ból. Albo nie .. najlepiej niech teraz ukoi wszystko. niech już nie cierpię. Ktoś zapukał do drzwi.
- Ku.. - zaczęłam puszczając żyletkę do szafki. Zawsze ktoś musi przeszkodzić.
Kiedy otworzyłam drzwi , zamarłam. Stałam i wpatrywałam się w ową osobę. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.
- M-Martyna .. - osoba podbiegła do mnie i złapała w ramiona. Tulił mnie bujając lekko. Za nim stały walizki. Dużo walizek, jak by miał się tu wprowadzić. Heh, co to ma znaczyć ?
- Tak dawno .. - zaczął .  Eeeej ! Co tu się do jasne cholery dzieję ?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz